Pytanie o to czym jest Internet, z pewnej perspektywy można uznać za pytanie filozoficzne. Przyglądając się technice, dostrzeżemy kable światłowodowe, routery, serwery i mnóstwo innego  sprzętu. Przyglądając się temu, do czego on służy, zobaczymy kulturę. Jednakże pomiędzy tymi dwoma, skrajnie odmiennymi rzeczywistościami jest świat realny, który przechodzi w wirtualny, ponieważ my sami go tworzymy. Do tej pory, do dnia dzisiejszego, nikt nie mówił nam, do czego ma być użyte łącze, jakie dostarczył nam właściciel infrastruktury telekomunikacyjnej. Decydowaliśmy o tym sami, w sposób najzupełniej wolny. Teraz tak już nie będzie. Zaryzykuję nawet małą hipotezę, że dla pewnej części z nas, już od dawna tak nie jest.

Mniej więcej do roku 1990, rozległą siecią teleinformatyczną, zwaną popularnie Internetem, specjalnie nikt się nie interesował. Była to zabawa dla szalonej grupki zapaleńców z dużych uniwersytetów, którzy dzięki niemu wymieniali się tym, co zrobili. Z reguły były to zalążki oprogramowania, które dzisiaj instaluje się już w telefonach komórkowych. Biznes, oprócz usprawnienia komunikacji wewnątrz korporacji, nie dostrzegał potencjalnych korzyści. Nie inwestował również w rozwój usług sieciowych, ponieważ ten rodzaj inwestycji obarczony był zbyt wielkim ryzykiem. Wszystko zmieniło się wraz z wynalazkiem Tima Bernersa-Lee, twórcy HTML-a, pracownika CERN-u. Jemu zawdzięczamy początek rewolucji informacyjnej, „strony internetowe” i… pojawienie się biznesu. W 1994 roku powstało Yahoo i ono jako pierwsza, popularna strona internetowa zamieściła reklamę. Potem wszystko potoczyło się już samo. W 1998 roku  ruszyło Google   a w 2003 roku iTunes Music Store. Na tą krótką listę można, a nawet trzeba by jeszcze wpisać Amazon-a, eBay no i oczywiście Facebooka-a. W Polsce również można wskazać kilku gigantów rynku, którzy zdominowali rzeczywistość Internetu. Rzeczywistość, która jest znacznie bardziej kolorowa, niż loga najpopularniejszych portali. Świat wolnych twórców oprogramowania nie zniknął. Co więcej, twórców - różnych rzeczy - przybyło. Zyskali oni nowe narzędzie do szukania odbiorców swojej własnej wizji świata. Narzędzie proste, tanie i globalne. Nikt bowiem nie pytał, czy serwis ma sens ekonomiczny. Masz odbiorcę, masz motywację aby tworzyć, czy wymieniać się tym co lubisz i tym, co myślisz.  To wystarczy. Nie trzeba nic więcej. Usługi sieciowe służące nieskrępowanej i bezpośredniej wymianie  informacji (P2P), serwisy społecznościowe w rodzaju Wikipedii ułatwiały dystrybucję kultury, z szybkością jakiej cywilizacja ludzka wcześniej nie doświadczyła. Wielki korporacyjny biznes, zaspokajający internetowe potrzeby znakomitej części internautów oraz małe, szalone, niszowe projekty, żyły w symbiozie… do czwartku (przynajmniej w Polsce).

Polski rząd, podpisując ACTA, w pewnym sensie wydał wyrok śmierci na wolny Internet. Ponieważ rząd nie radzi sobie, a szczerze mówiąc, nigdy nawet nie próbował radzić sobie z piractwem i przestępstwami związanymi z naruszeniami własności intelektualnej, najłatwiej było przekazać „problem” korporacjom. One zdecydują, co w Internecie jest dobre a co złe. Kto jest piratem, a kto nie. Kto ma mieć dostęp do P2P a kto nie i czy przesłanie pliku MP3  koledze było przestępstwem czy nie. Z perspektywy wielkich firm, zajmowanie się pojedynczymi przypadkami nie ma sensu i jest kosztowne. Najłatwiej jest wyłączyć pewien segment usług, zablokować go z poziomu  infrastruktury  i po problemie. Rzecz w tym, że razem z takimi działaniami, których zadaniem - zresztą całkowicie słusznie - jest walka z przestępczością i internetowym złodziejstwem, zginie również pewna, najzupełniej niewinna, część wolnych i niezależnych twórców i intelektualistów, którzy za pośrednictwem sieci przekazywali swój punkt widzenia. Stąd już nieodległa droga do wprowadzenia cenzury i kontroli tego, co w internecie oglądamy i z czego korzystamy, bo przecież - nieopacznie - możemy skorzystać z materiału nielegalnego. Nie państwo i jego służby, działające na podstawie prawa, tylko korporacja poinformuje nas o tym, że właśnie staliśmy się piratami.

Co można w związku z tym zrobić? Do Konstytucji RP powinien zostać dodany nowy zapis, mówiący, że każdy obywatel Rzeczpospolitej Polskiej ma prawo dostępu do Internetu, rozumianego jako niezależne, wolne, neutralne technicznie medium informacyjne, kulturalne i edukacyjne, umożliwiające swobodną wymianę informacji oraz nieskrępowaną komunikację. W tej kwestii powinno zostać rozpisane referendum i to pokazałoby rzeczywisty progres naszego ustroju, ponieważ Internet stał się już trwałym elementem naszego życia. Jest przestrzenią wolności i jako taki powinien być strzeżony przez ustawę zasadniczą.